Kilka słów o mnie..

Ja jestem Ania, a jamniki to moja wielka miłość. Momo jest moją trzecią jamniczka i napewno nie ostatnią – kiedy wreszcie przeprowadzimy się tam, gdzie klimat pozwoli mi normalnie żyć, a przede wszystkim żyć cały rok (a nie jak tu 2-3 miesiące) w naszym życiu od razu pojawi się jeszcze jeden jamnis. Dlaczego dopiero tam? Przeprowadzka do innego kraju, pewnie gdzieś na poludnie Europy to duże przedsięwzięcie, trzeba zabrać rzeczy najbardziej potrzebne, do walizki spakować rzeczy pierwszej potrzeby, a psa przygotować (odpowiednie szczepienia, badania, leki na drogę). Poza tym jeżeli będziemy lecieć samolotem to są limity zwierząt które można zabrać do kabiny.

Dzis chcialabym podzielić sie z Wami, czymś o czym nie mówię właściwie nikomu, głównie z powodu braku zrozumienia z jakim sie spotykam.

Czy potraficie sobie wyobrazić, że pogoda za oknem przestaje być jedynie pogodą, a temperatura zaczyna rządzić całym waszym życiem? Albo to, że wasze życie, całe samopoczucie, ilość energii, siły i chęci do czegokolwiek zaczyna być uzależnione od pogody..? Wydaje się śmieszne, ale dla osoby, której samopoczucie jest uzależnione od temperatury za oknem to jest prawdziwa katorga

Ciezko to sobie wyobrazić, przecież jest tyle ważniejszych spraw, od których wszystko zależy, jak w takiej sytuacji można przejmować się tym że jest trochę śniegu i zimno.. Dla większości osób pogoda oznacza tylko tyle, że trzeba się odpowiednio ubrać i można działać jak zwykle. Niestety nie każdy ma taki luksus. Są osoby które źle się czują w czasie upałów, nie mają wtedy siły i to chyba najczęstsza sytuacja, kiedy pogoda ma wpływ na wszystko. W trochę innej sytuacji są osoby cierpiące na tzw depresję zimową, na szczęście tu wchodzi leczenie, bo jest parę skutecznych sposobów na zimową depresje. Gorzej kiedy samopoczucie leci w dół na samo dno i nie jest to spowodowane depresją zimową tylko słabą tolerancją organizmu na takie warunki atmosferyczne. Wtedy niewiele mozna zrobić. Szczególnie jeżeli jednocześnie nie jest się typem domatora i przebywanie non stop w domu przez wiele tygodni doprowadza do szału i wyczerpuje.

Przez wiele wiele lat myślałam że to co przeżywam to rodzaj depresji zimowej i przez te wszystkie lata szukałam sposobów które pomogły by mi poradzić sobie ze slabym samopoczuciem w okresie jesieni, zimy i wiosny. Próbowałam leczenia tradycyjnego, lekami, próbowałam terapii światłem, probowalam metod bardziej naturalnych, jak suplementy i witaminy, badałam poziom hormonów, myślałam również, że może problem tkwi w niedoborze niektórych składników. Chodziłam również na psychoterapię, mając nadzieję, że odpowiednie podejście do zimy zmieni moją sytuację.

Kiedy wszystkie te najbardziej znane metody zawiodły i okazało się że żadna z nich nie zmienia tego co przeżywam ptzez 9-10 miesięcy w roku zaczęłam szukać samodzielnie. Próbowałam większej aktywności, w koncu poprawia ona samopoczucie, próbowałam sprawiać sobie drobne przyjemności, bo niestety okres jesieni, zimy i wiosny to czas kiedy nie potrafię znaleźć czegoś co sprawiałoby mi przyjemność, próbowałam unikać jak mogę wychodzenia z domu… Czego to ja nie próbowałam..

I nic. Nic nie pomaga, moje życie od lat dzieli się na 2 okresy:

• okres kiedy jest ciepło i słonecznie- jest to jedyny czas kiedy przebywanie na dworzu daje mi bardzo dużo energii, ale kiedy ten okres trwa zaledwie 2 miesiące (jak u nas w Polsce), zamiast normalnego korzystania z pieknej pogody, u mnie jest to tzw okres „ładowania akumulatorów”. Wszystko inne trzeba odłożyć na bok, bo najważniejsze jest zgromadzenie energii, która później pozwoli mi przetrwać długie lodowate miesiące.

• pozostałe 9-10 miesięcy to z kolei okres „oszczędzania energii”. W tym okresie nie istnieją nawet drobne czynności które sprawiały by mi przyjemność, nie znoszę siedzenia w domu, przytłacza mnie to i dołuje, jednocześnie moje ciało nie toleruje zimna. Ręce, uszy, nos, stopy potrzebują elektrycznych podgrzewaczy, bez których każde wyjście to potworny ból. Dużym problemem jest to, że wystarczy na chwilke wyjąć ręce z takiego ocieplacza i już łzy z bólu stają w oczach.

To są tylko problemy fizyczne, a do nich dochodzi spadek formy psychicznej i to jest dopiero dramat. Samopoczucie, poziom energii, motywacja.. spadają dosłownie z dnia na dzień w momencie gdy robi się zimno, nie ma nawet okresu przejściowego. Przy pogodzie takiej jak teraz czyli śnieg, lód i „minus” na termometrze, wyjście na godzinkę oznacza kilka godzin dochodzenia do siebie w domu.

Najbardziej przykre jest to, że nikt nie potrafi tego zrozumieć, wszyscy oczekują że będę funkcjonować jak latem, pełna energii, a ja już dawno zrezygnowałam z tłumaczenia tego komukolwiek. Po co skoro są tylko 2 mozliwe reakcje, albo słyszę że przesadzam, albo wysyłają mnie do lekarza. Tylko że ja już przerobiłam ten temat z lekarzami i jedna madra lekarka w koncu powiedziała, że to nie ze mną jest problem, to nie zadna depresja, ani choroba i zamiast szukać „sposobów na przetrwanie zimy” powinnam poszukać miejsca gdzie te sposoby nie będą mi potrzebne. Ciepło cały rok = cały rok dobre samopoczucie i energia. Dała mi do myślenia.

Niedlugo po tym znalazlam miejsce gdzie klimat nie jest jeszcze bardzo upalny, a jednocześnie coś takiego jak zima nie istnieje. Problem w tym że ciągle coś staje mi na drodze bo taka ptzeprowadzka wymaga sporej kwoty pieniędzy i dobrego zaplanowania. Plany są już dawno zrobione, tylko co odłożę jakąś kwotę to się okazuje że jest coś ważniejszego, albo jakiś problem, który nie pozwala na odkładanie pieniędzy.

Najpierw leczenie i rehabilitacja Momo (tu na szczęście trochę pomogła zrzutka, choć Szczytny Cel zniszczył naszą zbiórkę kilka dni po tym jak pojawiły się wplaty i zainteresowanie), w dalszej kolejnosci straciłam połowę dochodów, a z pracą jest taki problem, że kiedy córka jest w szkole ja nie mogę nigdzie się ruszyć bez Momo. Musiałabym zamykać ją w klatce by uniemożliwić jej skakanie (zawsze jak zostawała sama weszła po całym domu i uwielbiała wskakiwać tam gdzie nie wolno). Skakanie może skończyć się powtórka dyskopatii, do czego za nic w swiecie nie mogę dopuścić. Niestety zamknięcie jej w klatce skończyło by się wielogodzinnym wyciem i sąsiedzi zapewne zawiadomili by służby, a ja nie chcę problemów.

Z kolei zabieranie psa do pracy mozliwe jest jedynie w nielicznych miejscach takich jak sklepy zoologiczne, a tam mnie po prostu nie chcą przyjąć.

Niestety prawda jest taka, że ja już nie mam siły na kolejne zimowe miesiące. Chcę wreszcie żyć cały rok, cały rok mieć normalne samopoczucie i energie na życie. Idąc do pracy nie zastanawiać się jak ja sobie poradzę jesienią kiedy zabraknie energii. Nie rezygnować ze szkoły czy kursu tylko dlatego, że wiem, że jesienią i zimą nie będę miala na to siły. Nie martwić się o to czy latem będzie wystarczająco dużo słońca i ciepłych dni by zgromadzić energię potrzebną na resztę roku i nie wegetować przez 9 miesiecy kazdego roku.

Mam dość tego, że wokół mnie są ludzie, którzy nie rozumieją, że każdy inaczej odczuwa temparatury i to co dla jednego jest nieprzyjemne, inny odczuwa jako koszmar.

To nie jest moja wina, że urodziłam się w klimacie, który mnie niszczy, dlaczego ten cholerny pech zawsze musi mnie prześladować i komplikować każda nawet najprostszą sytuację..

Co prawda przyzwyczaiłam się już do tego, że u mnie zawsze jest pod górkę i że wszystko wymaga wiekszego wysiłku. Ale na ogół dotyczy to różnych codziennych sytuacji i poza tym, że pojawiaja się różne drobne problemy i komplikacje, nie ma konsekwencji które by były faktycznie poważne. Na ogół udaje się dopiąć to co jest ważne, po prostu trzeba się trochę wysilić. Ale są chwile kiedy naprawdę nienawidzę swojego życia, takie jak teraz. Kiedy po latach wreszcie znalazlam rozwiązanie i mam szansę by naprawdę zacząć żyć, to wszystko, doslownie wszystko działa przeciwko mnie.

Nie wiem jeszcze jak, ale zdobędę pieniądze na ten cholerny wyjazd, nie mam po prostu innego wyjścia, nie dopuszczę do tego by kiedyś powiedzieć, że zmarnowalam całe swoje życie.