
To miały być kolejne cudowne dni nad jeziorem. Namiot stał już przygotowany, obok drugi z zapasem drewna na ognisko. Nasze wyjątkowe miejsce..
Wystarczyło spakować najbardziej potrzebne rzeczy, kupić jedzenie na najbliższe kempingowe dni, wsiąść na nasze hulajnogi i ruszyć w drogę. Dni były ciepłe i słoneczne, więc po dotarciu na miejsce zostawiłam rzeczy w namiocie. Córka została, żeby odpocząć, a ja wzięłam Momo na dłuższy spacer. Drogę spędzała częściowo w plecaku, a częściowo w autobusie – jak zawsze.
Momo kochała ten moment, kiedy zostawiałam wszystko w namiocie, brałam tylko smycz i wodę, i szłyśmy sobie pochodzić. Tylko we dwie.
Przy okazji zawsze zbierałam gałązki na ognisko. Grube kłody to jedno, ale do rozpalania potrzeba drobnych patyków, które zapalą się od razu. Kiedy wróciłyśmy, zabrałam się za przygotowanie ogniska, a córka szykowała jedzenie do upieczenia.
Boże, jak ja kochałam te chwile spędzane w naszym wyjątkowym miejscu. Tylko ja, córka i Momo, a wokół przyroda, jezioro, cisza i spokój, piękne zachody słońca, blask ogniska, zapach pieczonych kielbasek… Nie znam piękniejszego miejsca na całym świecie i będzie mi tego potwornie brakowało po przeprowadzce do Portugalii.
Gdy zaczęło się ściemniać, rozpaliłam ognisko. Siedziałyśmy, rozmawiałyśmy, piekłyśmy jedzenie i chłonęłyśmy ten spokojny, ciepły klimat. Momo wydawała się tego dnia odrobinę bardziej zmęczona niż zwykle. Ale psy też mają lepsze i gorsze dni, więc po prostu starałam się jej nie przemęczać.
Wtedy nic jeszcze nie zapowiadało, że za chwilę wszystko się zmieni. Że to lato zapisze się w mojej pamięci nie jako czas spokoju, ale jako początek dramatu, którego nie dało się przewidzieć.
Następny poranek był spokojny i leniwy. Nie było potrzeby się spieszyć. Momo bardziej interesowała się jedzeniem niż wyjściem na spacer, więc przygotowałam jej miseczkę i wycisnęłam saszetkę. Dopiero kiedy zjadła, wzięłam smycz, podniosłam ją na ręce — skarpa, po której wchodziłyśmy na drogę, mogła być niebezpieczna dla małego jamnika — i weszłyśmy na górę. Zawsze było tak samo: stawiałam Momo na ziemi, a ona momentalnie zaczynała biegać i wąchać wszystko dookoła.
Ale nie tym razem. Postawiłam ją, gotowa na jej bieganie wokół mnie, a ona stanęła i spojrzała mi w oczy.
— Momo, spacer — powiedziałam, próbując ją zachęcić. Już wtedy poczułam niepokój, bo ten pies nigdy nie odmawiał spaceru.
Momo usiadła.
Zrobiła dwa kroki, żeby się załatwić, po czym znów usiadła, wyraźnie pokazując, że dalej nie pójdzie.
Dla mnie było oczywiste, że coś musi ją boleć. Wzięłam ją delikatnie na ręce. Tyle wystarczyło, żebym wiedziała, że coś się stało i że trzeba natychmiast jechać do lecznicy. Spakowałam nasze rzeczy, namiot zostawiając — jak zawsze — nad jeziorem. Momo włożyłam do plecaka i ruszyłyśmy w drogę do naszej lecznicy.

