
Poprzednim razem pisałam o tym, że znalazłam dobrą klinikę jakieś 2-3 godziny drogi od domu, jednak bez samochodu z tak chorym pieskiem nie było szans tam dojechać nie sprawiając jednocześnie Momo dodatkowego bólu.
Dlatego, mimo iż każdy grosz był potrzebny na badania i leczenie, podjęłam decyzje i kupiłam Momo wózek, w którym będzie mogła bezpiecznie i wygodnie podróżować. Wózek kupilam wieczorem i rano kiedy tylko się obudziłam postanowiłam zabrać Momo na przejażdżkę, majac nadzieję że wyjscie z domu choć trochę poprawi jej samopoczucie. Przygotowałam wózek tak by Momo widziala wszystko, ostrożnie wzięłam ją na ręce i znioslam na dół.
Wyjechalysmy z bloku..
A wtedy stało się coś niesamowitego, jej oczka w jednej chwili ożyły i zniknęło z nich cierpienie. Momo uważnie obserwowała co sie dzieje dookoła a widok tańczących iskierek w jej oczach sprawił, że miałam łzy w oczach. Tak niewiele było jej potrzebne do szczęścia. Wróciła nadzieja, że jeszcze bedzie dobrze.
Wyjscie na chwilę zmieniło się w cały dzien spedzony poza domem. Momo wróciła bardzo zmęczona ale zdecydowanie lepiej się czuła. Od tego momentu woziłam ją codziennie, to była jedyna możliwość by z nią wychodzić.
I nadszedł wreszcie ten dzień, dzien badania. Bylam przerazona jak nigdy. Wstalysmy o 4 rano, spakowalysmy rzeczy i autobusem dojechalysmy na dworzec. Dalej podrozowalysmy dwoma pociągami a na koniec taksówka prosto pod klinike.
Po wejsciu do kliniki przywitali nas bardzo ciepło zapewniając że będzie dobrze, a doktor jest dobrym specjalistą. Musialysmy niestety czekać bo nasza wizyta została dodana między pacjentami, a klinika dba o to by osoby umówione wczesniej nie musiały siedzieć w poczekalni. Już to świadczyło o tym jak dbają w tym miejscu o nas i nasze zwierzaki, czekanie w poczekalni to jedna z najgorszych rzeczy, kiedy dolega ci coś poważnego.
Nadeszla nasza kolej i ze łzami w oczach weszlysmy. Pani doktor Klaudia Gardzielewska która badala Momo okazała się być bardzo ciepłą osobą, z ogromną delikatnością zbadała Momo uważając by nie narażać jej na niepotrzebny ból. Później zapewniła że będzie przy niej cały czas a my najlepiej zrobimy jak wyjdziemy i odpoczniemy, opieka nad chorym psem wyczerpuje i ostatnie czego nam potrzeba to kolejnych godzin spedzonych w poczekalni.
Cała atmosfera tego miejsca była bardzo ciepła, wszyscy podchodzili do nas z wielką troską zapewniając że zaopiekują się Momo, więc uznalysmy z córką że tak zrobimy.
Zadzwonili po 2 godzinach że Momo się właśnie wybudziła i możemy po nią przyjechać. Tym razem poznalysmy też lekarza, dr Mederskiego, który wyjaśnił nam co sie dzieje. Powiedział że osłona dysku została uszkodzona i cała zawartość wydostała się prosto do kanału kręgowego blokując go w 90%, operacja była jedynym sposobem by Momo mogła żyć, bez niej nie było mowy o jakiejkolwiek aktywności, nawet na wózku inwalidzkim. Kiedy powiedział że rokowania są złe przeraziłam się że Momo umrze w czasie operacji, ale doktor natychmiast wyjaśnił, że rokowania dotyczące powrotu sprawności w nogach, a widząc nasze przerażenie uspokoił nas, mówiąc że przez lata swojej pracy wykonał tysiące zabiegów i niezwykle rzadko zdarza się by calkiem zdrowy pies, mial powazne komplikacje w czasie operacji. Natomiast ucisk na rdzeń jest bardzo silny i Momo pownna była trafić na operacje w dniu kiedy przestała chodzić, wtedy wyszłaby z kliniki sama. Teraz szanse na chodzenie są niewielkie, ale to niczego nie zmienia, bo trzeba oczyścić kanał kręgowy by Momo mogła żyć normalnie, a psy sparaliżowane są rownie szczęśliwe jak te sprawne, potrzebują po prostu innej opieki.
Chcąc sprawdzić jakie mają podejście zapytalam o eutanazję, a doktor powiedział „my tutaj nie zabijamy psów, my je ratujemy”. Uspokoiłam się. Doktor byl szczery, mówił wprost, uczciwie przedstawił sytuację. Momo została umowiona na operację a my wrocilysmy do domu i natychmiast zaczęłyśmy zbierać pieniądze bo zabieg to niestety ogromny koszt.