
Kiedy dojechalysmy do naszej lecznicy okazało się, że nie ma ani naszego lekarza, ani jego żony (prowadzą lecznicę razem), dlatego Momo została zbadana ptzez lekarkę która u nich ptacuje. Momo bardzo piszczała przy badaniu obu stawów biodrowych, dostała więc leki przeciwzapalne, przeciwbólowe i ograniczenie aktywności do załatwienia potrzeb, i miałam przyjechać 2 dni później kiedy będzie nasz lekarz. W drodze powrotnej do domu uznalysmy z córką, że zamknięciem się w domu, ptzy tak pięknej pogodzie, kiedy z Momo nie będzie mozna nawet na dłuższy spacer wyjść to nie najlepszy pomysł, jej nie bedziemy mogły przecież zostawić samej, a spędzić ostatnie dni wakacji w domu, nieee, to nie wchodziło w grę.
Zresztą nad jeziorem jest cisza i spokój, wyciągnę koc na trawę i ptzynajmniej nie będziemy w zamknięciu, a i Momo lubi tam siedzieć i sie rozglądać dookoła.
Wrocilysmy więc nad jezioro, zabierając z domu dodatkowy koc, krótką smycz i dziecięcy kojec turystyczny (by Momo nie kręciła się przy namiocie). Pani doktor mówiła że Momo musiala coś naciągnąć lub nadwyrężyć i leki w połączeniu z odpoczynkiem powinny szybko zmniejszyć ból.
Niestety mimo przestrzegania zaleceń nie tylko nie było lepiej, ale Momo chodziła coraz słabiej. W dniu kolejnej wizyty w lecznicy ledwo trzymała się na nogach, pojawiał się niedowład Martwiłam się, ale w dalszym ciągu nie podejrzewałam najgorszego. Nasz weterynarz, przeciwnie, po wysluchaniu co sie dzieje, pierwsze co zbadał to kregoslup, a zaraz potem cały zespół zabrał Momo na rtg, który potwierdził przepuklinę dyskową.
Momo dostała te same leki, które 2 lata wczesniej szybko postawiły ją na nogi, a ja wierzyłam że tym razem też pomogą. Po wizycie wrócilysmy nad jezioro, gdzie zostały wszystkie nasze rzeczy, akurat zaczynał się weekend, więc i tak musialysmy czekać do poniedziałku na następną wizytę w lecznicy.
A bezczynne siedzenie w domu tylko by mnie dobijało. Niestety nad jeziorem wcale nie było lepiej, Momo zupełnie przestała chodzić a ja byłam totalnie przerażona i nie przestawałam płakać. Panicznie się bałam że będzie konieczna operacja, serce mi pękało na widok psa który kilka dni wczesniej radośnie biegał a teraz..
Przynajmniej Momo mogła spędzać czas siedząc na kocu i obserwując otoczenie, podswiadomie czułam, że zamknięcie jej w domu, w łóżku odbierze jej całkowicie możliwość bycia choć trochę aktywną. W sobotę córka przygotowała ognisko, wiedziała jak to kocham i miała nadzieję ze choć na chwilę zapomnę o tym wszystkim co sie dzieje. Chciała bym odpoczęła ale ja nie bylam w stanie, połowę ogniska przepłakalam, choć bardzo się starałam nie robić jej przykrości. Ten czas, panicznego strachu, bezsilności, bólu na widok sparaliżowanej Momo… to był najgorszy czas w moim życiu. Nawet teraz kiedy to należy już do przeszłości pisanie o tym jest niezwykle trudne. Najgorsze jest to, że jestem taką osobą która nie potrafi ani na chwilę zapomnieć, ani na moment sie oderwać, myśli krążą non stop wokół jednego tematu i nic nie da sie z tym zrobić. Moja rozpacz trwała dniami i nocami. Niestety pod koniec weekendu popsuła się pogoda, zaczął padać deszcz, nie mialysmy wiec wyjścia i trzeba było zabrać Momo i zamknąć ją w domu.
Na następnej wizycie w lecznicy było już wiadome, że sterydy, ani żadne inne leki nie działają, stan Momo pogarszał się więc dostałyśmy skierowanie na badanie MRI i radzili nam znaleźć dobre miejsce, gdzie specjalista po badaniu zadecyduje o dalszym leczeniu. To już niestety przekraczało kompetencje naszego lekarza. Byłam w totalnej rozsypce, jednak cały czas tłumaczyłam sobie, że przejdziemy przez to, a najwyżej Momo dostanie wózeczek i też będzie dobrze . Nie musi chodzić, musi żyć a ja sprawie że będzie szczęśliwa.